Tatra Road Race 2017. Ogień, woda i setki watów. Jeden z najtrudniejszych wyścigów w tej części galaktyki trzeci raz rzucił rękawice amatorom kolarstwa z całej Polski, które na obydwu dystansach podjęło około 650 osób. Trasa FUN kazała pokonać 55 km i 1500 w górę, a PRO – 122 km i 3200 w pionie. Nie bez powodu o tych zawodach już od dawna krążyły baśnie i legendy. 

Kościelisko, 7.07.2017

Dobrze już znany samochód marki Peugeot, na pokładzie którego zameldowała się wielokrotnie przedstawiana grupa wsparcia wyruszył na południe, w kierunku Zakopanego. Punkt docelowy – Kościelisko. Dom Tatrzański Ewa, usytuowany przy pierwszej premii górskiej, przywitał nas przestronnym pokojem i widokiem, który z jednej strony zapierał dech, z drugiej kazał się zastanowić nad poziomem swojej desperacji, która każe wziąć udział w tych piekielnych igrzyskach. Kolarstwo uzależnia od bólu, zmęczenia i ciągłego udowadniania sobie, że co, ja nie dam rady? Tatra Road Race na naszym poziomie to kwintesencja wszystkiego, co w tym sporcie najlepsze i najgorsze. Nowy Targ Road Challange jest bardziej subtelny, wykańcza powoli. Tutaj od początku jest rzeźnia, ale kto raz spróbował już zawsze będzie wracał po więcej.

giewont tatry

Zakopane. 8.07.2017. Dzień Sądu Ostatecznego.

Radosny dźwięk budzika o 7:17 oznajmił, że już pora wstać. Klasyczna owsianka i…

10:50. Stoimy, nic się nie dzieje. W pierwszym sektorze 40 osób, za nami jeszcze około 260 kolejnych.

Start! Rok temu Nie do końca wiedziałem czego mam się spodziewać, teraz trochę aż zbyt dobrze. Nie wiem która wersja była lepsza, ale w tym momencie to już nie istotne.

Pierwsze kilometry jak zawsze, powoli. Ogromny peleton toczył się za kilkoma samochodami technicznymi i policją. Toczył się do pierwszego podjazdu. Po skręcie w prawo, na kultowej Salamandrze, zaczął się wyścig, dla którego trenuje się cały sezon. Scenariusz właściwie identyczny, jak rok temu. Na czele Tomana, dyktujący swoje tempo, które na ostatnich metrach podjazdu wytrzymało może 20-25 osób. Przed premią górską jeszcze poprawił, a ruszyli za nim tylko Habrat i … To jeszcze nie miała być ucieczka, na pewno nie dla dwóch wspominanych panów, choć długi czas jechali z delikatną przewagą. Zanim to zauważyłem, dołączając do kilkuosobowej grupy, musiałem szybko pozbierać się w całość po trawiastym szlifie.

Prognozy pogody w górach rzadko się sprawdzają, a deszcz zapowiadany na godzinę 15 odwiedził nas już chwilę po 11. Mokra, wąska droga na bardzo stromym i krętym zjeździe wielu zawodnikom dała możliwość do poćwiczenia wślizgów w łąkę na poboczu, albo niestety też bardziej bolesnych wywrotek na asfalt. Słyszałem o co najmniej 20 kraksach, ale zakładam, że było trochę więcej. Połamane obojczyki, ramy rowerów, pozdzierane plecy, łokcie… ja miałem więcej szczęścia, bo spadłem prosto w trawę i po długim szlifie podniosłem się bez większych problemów. Jadę, pomyślałem, najwyżej będę musiał się wycofać jak się za chwilę okaże, że z rowerem, albo ze mną jest coś nie tak. Mogłem pedałować, więc nie było źle. Wykrzywiona manetka bardzo nie przeszkadzała, a obita noga zaczęła boleć w zasadzie dopiero na mecie. Na chwilowym wypłaszczeniu dogoniłem wcześniej wspomnianą grupkę.

tatra road race bajkopisarz

Następny podjazd. Tomana został już sam i mieliśmy go na kilka metrów. Chyba zbyt duża pewność grupy spowodowała, że od tego momentu jego przewaga nie zaczęła maleć. I tutaj też stała się najdziwniejsza rzecz w całym wyścigu. Znikąd pojawił jakiś facet, który jak się potem okazało… nie startował w wyścigu. Nie zauważony przez nikogo jechał sobie radośnie i dopiero po interwencji 72D został usunięty z trasy.

Góra, dół, góra, dół. Cytując słowa z Hop Cycling, przytaczane kiedyś przez organizatorów TRR „ani jeden kilometr nie był po warszawsku”. Do drugiego podjazdu pod Ząb trzymaliśmy się dzielnie większą ekipą. Habrat i Bogdziewicz nieustanie dyktowali tempo, które po kolei wykańczało kolejnych kolarzy. Raczej nie zakładałem opcji zrezygnowania z ich towarzystwa, bo współpraca dobrze nam się układała, ale gdzieś około 70-tego kilometra zaczęły łapać mnie pierwsze skurcze. Zdecydowanie za szybko. Żel na chwilę załatwił sprawę, ale oznaczało to, że lepiej już na pewno nie będzie. Kolejny podjazd i kryzys. Nie utrzymałem koła, ale znów miałem dużo szczęścia. W swoim tempie wycjechałem na szczyt, późnej 2, może 3 km pogoni i udało się ich dojść.

Z ostatnimi klometrami trasy walczyliśmy już tylko we trzech. Wszyscy niemiłosiernie ujechani, ale podobno ze sporą przewagą, przynajmniej takie informacje podawał Marek jadący już na fotelu pasażera w aucie 72D Windsport Team, który w międzyczasie ratował nas bidonami. Tomana poza zasięgiem, więc raczej jasne było, że między siebie będziemy musieli podzielić pozostałe miejsca na podium.

Akurat spojrzałem na licznik. 111,2 km. Koniec. Nogi podziękowały za współpracę, a Habrat i Bogdziewicz odjechali. Już bez szans na złapanie z nimi kontaktu próbowałem utrzymać wypracowane miejsce. Salamandra wiła się bez końca. Nie zapamiętałem zakrętu na którym wcześniej szorowałem łąkę, ale widziałem, że do szczytu jeszcze kawałek. Cenzura zablokowałaby wszystko, co miałem wtedy do powiedzenia, więc niech to pozostanie milczeniem 😉

Przegrałem możliwość walki o podium, ale to już nie było ważne. Bardziej zaczął mnie martwić widok różowej koszulki, której szczęśliwy posiadacz objechał mnie pod ostatnią górę. Marcin Wojtal. Nie wiem jak długo nas gonił, ale skoro on, to i reszty dyrekcji trzeba było się za chwilę spodziewać. Zjazd w kierunku Zakopanego. W zeszłym roku tak samo karkołomny, choć teraz po suchym asfalcie. Na każdym zakręcie ratownicy medyczni patrzący z przerażeniem, skręt w lewo i ostatnia prosta przed tym rozstrzygającym podjazdem na metę przy hotelu Merkury. Kilometr, może dwa czarowania się. Już bez obstawy, pomiędzy samochodami, asekuracyjnie, bo żaden z nas nie chciał dać zmiany. Finisze nie są moją najmocniejszą stroną.

tatra road race meta

Hard as Hell.

122 kilometry walki i jazdy na równym poziomie z największymi Harnasiami w Polsce. Cieszę się! Jak cholera  Marzyłem o pierwszej dziesiątce w open i trójce w kategorii, skończyło się na 5 open i 1 w M2. Początek zdecydowanie nie zapowiadał takiego rezultatu, ale ostatecznie szczęście bardzo mi dopisało. Może to jakiś znak, bo wyścig w Wiśle też zaczął się od niezbyt fartownego upadku na podjeździe, a skończył się pudłem w kategorii. Ciekawe co by się musiało stać na początku, gdybym miał wygrać całe zawody…

No i jeszcze muszę dotrzymać słowa, bo rzuciłem dzień wcześniej głupim żartem, że jak będzie podium to Villa Toscana zaprasza nas na kolację 🙂

Wracając jednak do TRR. Znów piękne, choć deszczowe ścigane pod Tatrami, w cieniu Giewontu. Znów wielkie emocje i setki osób, które pojawiły się, żeby cieszyć się kolarstwem. Amatorzy z całej Polski z żonami, mężami, dziećmi, rodzicami i psami rasy Bąbel.

pies bąbel

Tatra Road Race w 3 lata stał się legendą. Urósł do rangi wyścigu, na którym trzeba być i o którym usłyszy każdy znajomy. Bo są różne inne, też piękne i trudne, ale ten ma góralskie jaja. Tatra Road Race to wyścig, którym żyje się przez cały rok – przez pierwsze miesiące ciągle się go wspomina, a późnej niecierpliwie czeka.

Pin It on Pinterest

Share This